Pamiątki po wakacjach – regeneracja skóry z fotouszkodzeniami

Mądra, świadoma praca z przebarwieniami i innymi oznakami fotostarzenia wymaga wiedzy, doświadczenia oraz działania krok po kroku. Na co zwrócić szczególną uwagę i od czego właściwie zacząć?

LNE: Po lecie najczęściej mówimy o przesuszeniu skóry. Czy to rzeczywiście największy problem, czy raczej najbardziej widoczny objaw znacznie głębszych zmian biologicznych wywołanych promieniowaniem UV?

Klaudia Wiśniewska: Zdecydowanie to drugie. Przesuszenie jest najbardziej odczuwalne i najszybciej widoczne. Nie jest to jednak największy problem. To objaw – wierzchołek góry lodowej. I zanim przejdę do tego, co dzieje się pod spodem, powiem, co mnie naprawdę cieszy: coraz więcej klientek, mimo wyjazdów i upałów, nie odpuszcza domowej rutyny i łączy ją z zabiegami w gabinecie. Bo regularna pielęgnacja ma znaczenie przez cały rok. Zawsze powtarzam, że czasem najprostszy zabieg regenerujący potrafi zdziałać najwięcej i to właśnie on bywa must-have w najgorętsze dni, bo skóra potrzebuje wtedy nie czegoś mocniejszego, tylko ukojenia i odbudowy bariery. Ci, którzy mi zaufali, cieszą się zdrową, promienną skórą przez cały rok – nie tylko jesienią, kiedy zewsząd słychać, że „teraz czas na mocne złuszczanie i kwasy”.

Zjedźmy więc z tego „wierzchołka”, czyli przesuszania, i sprawdźmy, co dzieje się pod powierzchnią.

A dzieje się naprawdę dużo. Skóra po lecie jest szara, matowa, traci jędrność, robi się bardziej wiotka, uwidaczniają się zmarszczki, które wcześniej były ledwo zaznaczone. To już nie jest kwestia wody w naskórku – to sygnał, że rozłożył się kolagen i że skóra jako struktura ucierpiała.

Osobny, duży temat to przebarwienia i tu warto zrozumieć różne mechanizmy. Melanina to nasza wewnętrzna tarcza: kiedy UV dociera do skóry, melanocyty dostają sygnał, żeby ją produkować i osłonić DNA komórek. Problem w tym, że przy długiej, intensywnej ekspozycji jej produkcja staje się nadmierna i nierównomierna. Kiedy do tego bariera jest rozszczelniona, a skóra przesuszona, dochodzi mikrostan zapalny, który tę pigmentację dodatkowo napędza. Przebarwienie to ślad po „obronie” skóry, reakcja na uszkodzenie, a nie efekt samego słońca. I dlatego u osoby z uszkodzoną barierą hydrolipidową przebarwień może powstać więcej, powstają szybciej i są znacznie trudniejsze do usunięcia – skóra cały czas funkcjonuje w mikrostanie zapalnym, który podsyca melanocyty. To nie jest przebarwienie, które „zejdzie po dwóch zabiegach”, to praca na wiele miesięcy. I właśnie dlatego tak bardzo zależy mi, żeby najpierw zadbać o barierę, a dopiero potem rozpocząć pracę z samym przebarwieniem.

Podsumowując, przesuszenie to nie problem, to informacja. Prawdziwa praca zaczyna się poziom niżej: w strukturze skóry, kolorycie i barierze naraz.

Jakie procesy zachodzą w skórze podczas długotrwałej ekspozycji na promieniowanie UV, zanim pojawią się pierwsze widoczne objawy fotostarzenia?

Chciałabym podkreślić, że fotostarzenie nie zaczyna się wtedy, kiedy je widzimy. Pierwsza zmarszczka czy przebarwienie to nie początek – to moment, w którym został przekroczony pewien próg i skóra ujawniła to, co działo się w niej od lat.

Promieniowanie UV, zwłaszcza UVA, generuje w skórze wolne rodniki, reaktywne formy tlenu. Są jak iskry: uszkadzają lipidy bariery naskórkowej, białka i błony komórkowe. Równolegle promieniowanie sięga jądra komórki i uszkadza DNA, powodując błędy w nici genetycznej. Skóra ma naturalne mechanizmy naprawcze, większość uszkodzeń usuwa, ale przy codziennej, długotrwałej ekspozycji system się przeciąża.

Druga sprawa to uruchomienie enzymów rozkładających kolagen – metaloproteinaz. Za każdym razem, kiedy skóra dostaje dawkę UV, te enzymy zaczynają go trawić, a jednocześnie UV hamuje syntezę nowego kolagenu. Pojedyncza ekspozycja nie robi widocznej różnicy ale to się sumuje, dzień po dniu, lato po lecie.

Trzecia rzecz, o której mało kto mówi: skóra ma własne zapasy antyoksydantów, czyli naturalną tarczę neutralizującą wolne rodniki. Słońce te zapasy wyczerpuje. Kiedy się kończą, każda kolejna dawka UV uderza w bezbronną tkankę. To właśnie dlatego z upływem lat szkody kumulują się z podwójną siłą.

Czwarty, bardzo niedoceniany proces to osłabienie miejscowej odporności skóry. Promieniowanie UV uszkadza komórki Langerhansa odpowiedzialne za nadzór immunologiczny. Ma to kluczowe znaczenie nie tylko dla samego starzenia, ale przede wszystkim dla profilaktyki onkologicznej.

Ponad tym wszystkim tli się subkliniczny stan zapalny tzw. inflammaging. Na tyle niski, że nie powoduje bólu ani widocznego zaczerwienienia, ale wystarczająco realny, by po cichu dokładać się do rozpadu kolagenu.

Coraz częściej mówi się o uszkodzeniach DNA komórek skóry i stresie oksydacyjnym. Jakie znaczenie mają w praktyce gabinetowej i czy jesteśmy w stanie na nie wpływać?

Jeszcze kilka lat temu myśleliśmy głównie w kategoriach „co widać na powierzchni”. Dziś wiemy, że realna praca dzieje się na poziomie komórki, a to, co robimy w gabinecie, ma sens tylko wtedy, kiedy rozumiemy, co dokładnie chcemy w tej komórce naprawić albo czemu zapobiec. Odpowiadając wprost na pytanie, czy da się na to wpływać – tak, ale muszę być uczciwa co do skali. Nie cofniemy uszkodzonego DNA magicznym zabiegiem. Natomiast możemy zrobić trzy bardzo konkretne rzeczy: stosować fotoprotekcję, która zapobiega powstawaniu nowych uszkodzeń, wspierać mechanizmy naprawcze skóry i miejscowo stosować antyoksydanty, które działają prewencyjnie.

Które objawy po sezonie letnim powinny być dla kosmetologa sygnałem, że skóra wymaga przede wszystkim regeneracji biologicznej, a nie intensywnych procedur złuszczających?

To wybór, który różnicuje kosmetologa od osoby pracującej schematycznie. Pokusa jest ogromna: skóra po lecie jest szara, matowa, z przebarwieniami i pierwsza myśl to „złuszczyć, rozjaśnić, zrobić kwasy”. A to bywa najgorszym rozwiązaniem. Sygnałem, który u mnie zapala czerwone światełko, jest skóra reaktywna, która piecze, reaguje zaczerwienieniem, jest ściągnięta. To symptom uszkodzenia bariery. Kwasy na rozszczelnionej barierze to jak szorowanie otartego kolana. Pogłębiamy mikrostan zapalny, pogarszamy pigmentację. Moja zasada jest prosta: najpierw uszczelniamy i wyciszamy. Dopiero skóra ze sprawną barierą jest gotowa na intensywne złuszczanie czy przebudowę. Regeneracja nie jest etapem przygotowawczym przed „prawdziwym” zabiegiem. Bardzo często regeneracja jest zabiegiem.

Istnieje optymalna kolejność odbudowy skóry po lecie? Co powinno być pierwszym etapem terapii: regeneracja bariery naskórkowej, redukcja stresu oksydacyjnego, stymulacja fibroblastów czy jeszcze coś innego?

Kolejność ma fundamentalne znaczenie, ponieważ te same substancje aktywne podane w złej sekwencji mogą skórze zaszkodzić. Etap pierwszy, absolutnie niepodważalny: bariera naskórkowa. Bez sprawnej bariery każde kolejne działanie jest nieskuteczne lub wręcz szkodliwe. Rozszczelniona skóra nie przyswaja składników aktywnych tak, jak powinna, jest w ciągłym stresie i reaguje podrażnieniem na wszystko. Dopóki jej nie uszczelnię, nie stymuluję. To moja żelazna zasada.

Etap drugi, prowadzony częściowo równolegle: redukcja stresu oksydacyjnego i wyciszenie stanu zapalnego. Wprowadzam antyoksydanty oraz substancje kojące, aby zatrzymać dalsze uszkodzenia. Musimy wygasić subkliniczny mikrostan zapalny, który napędza zarówno rozpad kolagenu, jak i powstawanie przebarwień. Te kroki można łączyć z etapem pierwszym, ponieważ działania te nie wykluczają się, a wręcz wzajemnie wspierają.

Etap trzeci to stymulacja fibroblastów i praca nad kolagenem. Dopiero na tym poziomie wprowadzam peptydy, retinoidy, polinukleotydy czy zabiegi stymulujące w gabinecie. Warunek jest jeden – skóra musi być już szczelna i wyciszona. Stymulowanie fibroblastów w tkance objętej stanem zapalnym to praca pod górę. Organizm i tak przekieruje wtedy zasoby na „gaszenie pożaru”, a nie na budowanie nowych struktur.

Etap czwarty, na samym końcu: korekta. Dopiero teraz pracujemy nad przebarwieniami, kolorytem, złuszczaniem czy kwasami. To, po co większość osób chciałaby sięgnąć pierwszego dnia, u mnie zamyka proces. Na naprawionej, spokojnej skórze te same inwazyjne procedury są o wiele skuteczniejsze i bezpieczniejsze.

Egzosomy, peptydy, czynniki wzrostu, polinukleotydy, fermenty czy komórki roślinne – które z nich mają największy potencjał w regeneracji skóry fotouszkodzonej?

Peptydy biomimetyczne są dla mnie jednym z najbardziej dojrzałych i przewidywalnych narzędzi. To krótkie sekwencje, które „udają” naturalne sygnały w skórze i komunikują się z fibroblastami, dając im sygnał do pracy. Mają sensowną dokumentację, są bezpieczne i realnie wspierają odbudowę.

Polinukleotydy bardzo mnie interesują, szczególnie w kontekście regeneracji i poprawy jakości skóry. Działają nawadniająco na poziomie strukturalnym i stwarzają fibroblastom dobre środowisko do regeneracji. W medycynie estetycznej mają już mocną pozycję; w formułach kosmetycznych to obszar, który dopiero się rozwija, ale kierunek uważam za bardzo obiecujący.

Egzosomy to składnik, po który sama chętnie sięgam w pielęgnacji, bo w gabinecie widzę realne efekty: skóra szybciej się regeneruje, jest lepiej wyciszona i bardziej wypoczęta. Uczciwie dodam, że to obszar wciąż młody i nauka dopiero nadrabia to, co praktyka już obserwuje – standaryzacja i regulacje się kształtują. Dlatego traktuję egzosomy z dużym entuzjazmem, ale i ze świadomością, że pracujemy na granicy tego, co dopiero jest opisywane.

Fermenty mają realną wartość – fermentacja rozbija cząsteczki na mniejsze, lepiej przyswajalne, wzbogaca produkt o aminokwasy i wspiera mikrobiom skóry. Nie jest to spektakularne, ale to solidna, codzienna regeneracja z rosnącą dokumentacją.

Czynniki wzrostu mają potencjał teoretycznie ogromny, bo to białka bezpośrednio sterujące regeneracją. Ale mam tu więcej ostrożności: kwestie stabilności, realnej penetracji dużych cząsteczek i standaryzacji wciąż są otwarte. Obiecujące, lecz wymagające chłodnej głowy.

Jeśli chodzi o komórki macierzyste roślinne, tu jestem najbardziej sceptyczna, z uczciwości. Brzmią pięknie, ale nie „wymieniają” niczego w ludzkiej skórze. Realna wartość to zwykle bogaty koktajl antyoksydantów, który dostarczają, i to jest w porządku, tylko nazwijmy to po imieniu, zamiast obiecywać regenerację na poziomie komórkowym.

Jaką rolę odgrywają terapie łączone – zabiegowe i domowe – w procesie regeneracji skóry po okresie letnim? Czy można mówić o standardach postępowania?

Czas obalić największy mit: przekonanie, że pielęgnacja domowa to tylko dodatek do zabiegów. Jest zupełnie odwrotnie! Zabieg w gabinecie to intensywny, skoncentrowany bodziec, który podajemy raz na jakiś czas. Skóra jednak żyje i regeneruje się codziennie, a nie raz w miesiącu. Jeśli między wizytami brakuje sensownej rutyny, podczas kolejnego spotkania muszę naprawiać to, co klientka przez cztery tygodnie nieświadomie psuła. To syzyfowa praca i zwykłe marnowanie jej pieniędzy. Dlatego terapia łączona to nie chwilowa moda, lecz jedyny model, który ma głęboki sens biologiczny.

Zabiegi gabinetowe to intensywne bodźce, których klientka w domu bezpiecznie nie odtworzy, profesjonalne stężenia, zaawansowane technologie i głęboka stymulacja. Pielęgnacja domowa to codzienna ochrona, odbudowa bariery, antyoksydacja i skrupulatne utrzymywanie efektów. To dwie nogi tego samego procesu. Na jednej po prostu nie da się chodzić.

A jeśli chodzi o standardy: najpierw diagnoza i naprawa bariery naskórkowej, potem stymulacja gabinetowa, wsparta konsekwentną rutyną domową, a nad wszystkim bezwzględna fotoprotekcja.

Byłabym jednak ostrożna ze słowem „standard” rozumianym jako gotowa matryca dla każdego. Najważniejsza zasada, w jaką wierzę, brzmi: najpierw człowiek i jego skóra, potem protokół. Dwie osoby z tym samym problemem „przesuszenia po lecie” mogą potrzebować zupełnie innych ścieżek terapeutycznych. Standardem powinien być sposób myślenia, a nie sztywna lista zabiegów. I właśnie dlatego u mnie żaden zabieg nie kończy się na fotelu. Kończy się długą rozmową o tym, co będzie działo się przez kolejne cztery tygodnie w łazience. Bo to tam rozgrywa się prawdziwa regeneracja.

Jak wyobraża sobie pani regenerację przyszłości – większe znaczenie będą miały urządzenia, biotechnologia, medycyna regeneracyjna czy personalizacja terapii oparta na biologii skóry?

Nie wierzę, że wygra którakolwiek z tych rzeczy z osobna. Wygra ich mądre połączenie, a spoiwem będzie personalizacja oparta na biologii skóry. Mamy coraz lepsze urządzenia, coraz mądrzejszą biotechnologię, coraz więcej z medycyny regeneracyjnej wchodzi do kosmetologii. To wszystko są narzędzia potężne, ale ślepe bez zrozumienia konkretnej skóry.

Gabinet przyszłości to dla mnie nie ten z największą liczbą maszyn. To ten, który najlepiej rozumie, co się w danej skórze naprawdę dzieje, i dopiero pod to dobiera technologię. Obawiam się przyszłości, w której technologia zastąpi myślenie. Gdzie zamiast podejścia „rozumiem tę skórę” będzie „Mam maszynę na wszystko”. Ale też wierzę w przyszłość, w której technologia myślenie wzmacnia. W której egzosomy, polinukleotydy czy najlepsze urządzenie są dobierane precyzyjnie, bo wiemy po co, a nie dlatego, że to akurat modne.

Rozmawiała Agnieszka Gomolińska

Klaudia Wiśniewska 

Magister kosmetologii klinicznej, właścicielka gabinetu Under the Skin w Białymstoku. Specjalizuje się w terapiach anti-age oraz w opiece nad pacjentem onkologicznym. W pracy kieruje się jedną zasadą: holistycznym podejściem, w którym skuteczność i bezpieczeństwo idą w parze z relacją i poczuciem zaopiekowania. Bo najważniejsze jest dla niej to, by klient czuł się wysłuchany i pewny w swojej skórze.

WRÓĆ DO LISTY ARTYKUŁÓW